Moja przygoda z hiszpańskim zaczęła się dawno temu – w gimnazjum i liceum. Później, nie wiedząc do końca, co chcę robić dalej, poszłam na filologię. Nie byłam wielką fanką samych studiów – ale lubiłam „studiowanie”, ludzi, których tam poznałam i całe to życie dookoła.
Na drugim roku wyjechałam na Erasmusa do Vigo, na północy Hiszpanii. To było niesamowite, bo Galicja i północ Hiszpanii są przepiękne i na zawsze zostaną w moim serduszku (a na blogu zostanie kilka artykułów), ale też było bardzo trudne. Szybko okazało się, że po siedmiu latach nauki w szkole, w prawdziwym życiu prawie nic nie potrafiłam powiedzieć. Rozumiałam sporo, ale mówienie… to była zupełnie inna historia. Problem lub błogosławieństwo w tym, że studiując filologię w Hiszpanii – nie ma taryfy ulgowej dla “erazmusów”, musiałam się ogarnąć.
Wtedy odkryłam, co działa dla mnie, kiedy chodzi o pokonywanie bariery mówienia ([odnośnik do artykułu]). Popełniłam też kilka spektakularnych gaf ([odnośnik]), spaliłam się ze wstydu jak nigdy wcześniej ani później ([odnośnik]) – ale jak to mówią: „świat się nie zawalił”. Po pół roku zaczęłam mówić trochę płynniej. Bo niestety wciąż nie czułam się w hiszpańskim jak ryba w wodzie.
Skończyłam licencjat – obroniłam się na 3+. To był najgorszy egzamin mojego życia (zaraz obok prawa jazdy). Trzeci rok był trudny i bardzo chciałam wyjechać z Polski. Znalazłam opcję wolontariatu europejskiego (poczytaj więcej) i wylądowałam w małej miejscowości pod Alicante – La Hoya (może ktoś kojarzysz?). Uczyłam angielskiego i pracowałam na stołówce w szkole. Może nie była to moja pasja – ale miałam niesamowite compañeras de trabajo – chicas del comedor. Dzięki nim zaczęłam nie tylko się komunikować, ale czuć język, wyrażać emocje, żyć swoim hiszpańskim życiem.
Tam poznałam mojego obecnego narzeczonego– łatwo nie było, ale warto ([TU poczytasz więcej]) .
Po wolontariacie mówiłam już swobodnie po hiszpańsku i wróciłam do Wrocławia. Zaczęłam magisterkę z filologii i jednocześnie licencjat z ekonomii. Królowa nauk mnie pokonała i rzuciłam ekonomię po pierwszym semestrze. A co do filologii to kiedy wreszcie nie stresowałam się mówieniem na zajęciach, byłam w stanie swobodnie rozumieć, odpowiadać i zadawać pytania kiedy chciałam bez stresu, że coś powiem źle – okazało się, że język, jego ewolucja, jego logika, to jak się zmienia i to, jak wpływa na nasze życie, zaczęły mnie fascynować. Stałam się kujonką. Napisałam i obroniłam (megaciekawą) pracę magisterską z zakresu socjolingwistyki na 5, z czego byłam dumna – choć wiadomo, że papier sam w sobie nie daje jeszcze żadnej mocy. Zaczęłam szukać pracy.
Jak zostałam nauczycielką
Czasem moim życiem rządzi przypadek. Jak rzuciłam ekonomię, musiałam znaleźć sobie pracę. Koleżanka z roku wyjeżdżała na Erasmusa – w szkole językowej, w której pracowała, potrzebowali lektorki. Szefowa zadzwoniła do mnie o 18:30, powiedziała, że wyśle program i… następnego dnia o 9:00 mam zrobić pierwsze zajęcia. Ona spyta uczniów czy jest ok i da mi znać czy zostaję. Fair enough… Zostałam do końca studiów i jeszcze dłużej.
Tam nauczyłam się mnóstwa rzeczy – wypróbowałam w praktyce metody nauczania, o których mówiliśmy na studiach i wiele więcej. I okazało się, że:
- Lubię uczyć.
- Jestem w tym dobra.
Zachwycona wyjechałam na kolejny projekt do pracy w szkole w Hiszpanii – tym razem w okolicach Walencji. Spędziłam tam rok, potem kolejny w Alicante, ucząc w szkole językowej.
Aż w końcu, dzięki fantastycznej szefowej, którą miałam zaczęłam pracować na swoim.
Moja historia jest długa. Moja relacja z hiszpańskim to nie miłość od pierwszego wejrzenia. To dojrzały związek, w którym nauczyliśmy się żyć symbiotycznie. Ja żyję dzięki hiszpańskiemu – a dzięki mnie on rozszerza swoje zasięgi i coraz więcej osób może swobodnie się nim posługiwać.
Jak uczę i co jest dla mnie ważne?
W pracy z uczniami najważniejsza jest komunikacja. Ja po siedmiu latach nauki nie potrafiłam się dogadać. Moi uczniowie dogadują się bez problemu już po trzech miesiącach, a po pierwszych zajęciach zaczynają sami budować zdania.
Nie sprzedaję magicznych metod – bo nie wierzę, że istnieją. Systematyczna nauka to klucz do sukcesu. Uczę logiki języka – tego, co z czego wynika – i to sprawia, że moi uczniowie czują się pewnie, posługując się hiszpańskim po swojemu.
Na koniec…
Nie musisz mieć talentu do języków. Tak szczerze – jeśli potrzebujesz hiszpańskiego do życia, to wcale nie musisz go kochać. Wystarczy chęć zrozumienia jak działa, odrobina odwagi i otwartość, żeby uczyć się krok po kroku – i nagle odkrywasz, że zaczynasz żyć swoim hiszpańskim życiem.
🌿 Dziękuję, że przeczytałaś moją historię. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o moim podejściu albo wyruszyć w swoją hiszpańską przygodę – odezwij się! 💃✨


